Moje zimowe wspomnienia…

Patrząc przez okno mam wrażenie, iż zima zupełnie o nas zapomniała. Nie pamietam kiedy ostatnio w lutym słupek rtęci na termometrze wskazywał 14 stopni na plusie a bez w doniczce na balkonie wypuszczał pierwsze pączki. Pod koniec roku 2019 słuchałam pewnej audycji w radio i wypowiadający się eksperci ostrzegali przed anomaliami pogodowymi i nadchodząca zimą stulecia. Teraz kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że mieli bardzo dużo racji. Tegoroczna zima zaskoczyła chyba każdego z nas, w pewnym sensie jest ona więc tym przed czym ostrzegali, problem w tym iż nasze oczekiwania i wyobrażenia definitywnie odbiegają od obecnej sytuacji której jesteśmy świadkami.
Z zazdrością przegadam zdjęcia na Instagram przedstawiajace plenery pokryte białym puchem, tunele wydrążone w zaspach śniegu, dzieci lepiące bałwany i wojny na śnieżki. Nie będę ukrywać tego, że tęsknie za białym widokiem za oknem, który pokrywa pola jak puchowa kołdra, nadając wszystkiemu wokoło łagodnych kształtów.

Ostatnio w przerwie miedzy dyżurami w szpitalu udało mi się wyrwać na pare dni do rodziców. Tak jak to zwykle bywa czas w Polsce płynie wyjątkowo szybko, szczególnie kiedy w planie ma się odwiedzenie wszystkich sióstr i kuzynek. Podczas jednego z takich spotkań odkopaliśmy nagrania z czasów kiedy biliśmy jeszcze dziećmi i wspomnienia wróciły. Jako dzieci pierwszą rzeczą po przebudzeniu w zimowe weekendowe poranki była ocena sytuacji panującej na zewnątrz i jeśli tylko w nocy spadało wystarczajaco dużo świeżego śniegu doskonale wiedziałyśmy jak potoczy się dalszy ciąg dnia. Juz przy śniadaniu tata obdzwaniał rodzinę i przyjaciół obwieszczając informacje o przygotowaniach do kuligu. Z drewnianego stojącego na podwórku garażu powoli wyłaniały się sanki z zamocowanymi linami. Moja mama w kuchni przygotowywała herbatę z cytryną w termosy, pakowała pokrojony chleb, smalec i kiełbasę do koszyka, szykowała zapasowe rękawiczki, skarpetki i czapki. Naszym zadaniem było ustawianie sanek w zaprzęgu i wyściełanie siedzisk kocami. Ponieważ sanki były duże a my wtedy jeszcze całkiem małe wiec dobieraliśmy się w pary. Była nas spora gromada dorosłych i dzieci. Kiedy wszyscy zajęli juz miejsca a dziadek stojąc na mrozie w kaloszach i kożuchu kończył udzielanie nam instrukcji o tym czego mamy nie robić i jak się trzymać sanek żeby nie spaść, mój tata dawał sygnał do odjazdu. Liny miedzy sankami zaczynały się napinać, lekkie szarpniecie i szaleństwo kuligowe się rozpoczęło.

Czasami do naszej wesołej grupy dołączali się rownież sąsiedzi i całą taką watahą szaleliśmy po lasach. Pamietam okrzyki radości, śmiech rozbrzmiewający w lesie, śnieg wzbijający się w powietrze na zakrętach, kiedy każdy próbował hamując nogami zapanować nad sankami i nie wylądować w zaspie. Promienie słońca przebijające się przez koronę drzew. Zapach wilgotnego lasu. Minę mojej siostry kiedy po kolejnym upadku otrzepywała kombinezon ze śniegu. Nasze radosne okrzyk – szybciej i te naszych mam – wolniej !! Wzrok dziadka kiedy mijaliśmy nasz dom i śmiech babci próbującej go uspokoić.

Na koniec dnia, kiedy każdy z nas z policzkami czerwonawi od mrozu i wrażeń, wysypywał śnieg z butów i zza kołnierzy, przychodził czas na ognisko i suszenie kozaków na patykach wbitych naokoło paleniska. Na polanie przed lasem odpinaliśmy sanki i ustawialiśmy je w kole. Tata z wujkiem rozpalali ognisko i ostrzyli patyki na kiełbaski zaś mama z ciocią rozdawały kubki z gorącą herbatą i chleb posmarowany smalcem.


Mam nadzieje, że w tym roku to taki mały wyjątek pogodowy i prawdziwa zima jeszcze do nas wróci. Może będzie jeszcze okazja aby powtórzyć to zimowe kuligowe szaleństwo.

One Comment

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.